Przyszła w końcu pora na podstawy jednej z wielu, ale dla mnie ulubionej metody heurystycznej. Wreszcie odkopałem trochę materiałów źródłowych, w tym G.S. Altszuller, Elementy twórczości inżynierskiej, WNT, Warszawa 1983.

Mam cichą nadzieję na amnestię ze strony prawników tego Wydawnictwa, bo prawa autorskie w całej rozciągłości zastrzeżone jak należy, a tu bez kilku cytatów nie da rady absolutnie. Zwłaszcza w kwestii celu tego opracowania – przybliżeniu ponad 40 „chwytów wynalazczych” wspominanych już wcześniej. Nie mówiąc o własnej adaptacji paru większych fragmentów tej książki. Wszakże „rewelacyjny” nakład 4.000 egzemplarzy i rok wydania może w dobie Internetu być potraktowany jako okoliczność łagodząca – przynajmniej taką mam cichą nadzieję. Tak czy inaczej – żądnych pełnej wiedzy odsyłam niniejszym do tej pozycji (i do bibliografii tej książki – na 36 pozycji 25 drukowane cyrylicą – takie wtedy były czasy!).

Co do tytułu tego opracowania – ja poznałem tą metodę pod skrótem ARIZ, w angielskojęzycznym świecie funkcjonuje pod akronimem TRIZ, więc niech Czytelnik sobie wybierze ten, który pasuje mu bardziej. Mnie w młodości uczyli rosyjskiego i do dziś czytanie cyrylicy nie sprawia mi większych problemów, więc pozostanę przy skrócie nazwy oryginalnej.

Aby w pełni oddać chwałę tłumaczowi, którym (w mojej subiektywnej ocenie) jest znawca tematu znakomity p. Andrzej Góralski, nie mogę powstrzymać się od zacytowania fragmentu jego noty „Od tłumacza”:

„Autor stara się kontynuować idee i dokonania poprzedników….. Zastanawia brak odwołania do dokonań dwóch innych „mistrzów twórczości inżynierskiej” …. Osborna …. i Gordona… Lektura tekstu książki przekona jednak Czytelnika, że Altszuller zna prace Osborna i Gordona; wolno przypuścić, że autor uznał te książki za tak dalece upowszechnione – podobnie jak dzieła Sokratesa, Pappusa i Kartezjusza – że ich przywoływanie byłoby tworzeniem zbędnych oczywistości.”

Hmmm… nie wiem jak Wy, ja z tej trójki dwóch znam co nieco ze słyszenia i czytania (o heurystyce też!), ale i tak popędziłem w tym momencie do encyklopedii sprawdzić, kto zacz ów Pappus… I jak tu nie pokochać takiego Tłumacza?

Tłumaczony przeze mnie  „na żywca” tytuł rosyjskiego oryginału z 1979 r. jest jeszcze bardziej intrygujący: „Twórczość jako nauka ścisła”. Nie dziwię się temu rozdwojeniu – przecież cała heurystyka to jeden wielki misz-masz – coś ewidentnie unikalne ubierane jest w kostium algorytmiczny procesu jak najbardziej powtarzalnego. Mało tego – w coś, czego (prawie) każdy może się nauczyć. No to „pójdź dziecię, ja cię uczyć każę”.

Z drobnym zastrzeżeniem. Mówimy o twórczości. Przez analogię do malarstwa: weź powierzchnię, pokryj ją różnymi kolorami, otrzymasz obraz. Każdy twórca, nawet używając tych samych naerzędzi i materiałów, malując ten sam temat i tego samego modela w tym samym czasie – otrzyma inny obraz, innej jakości, innej wartości – tej rynkowej i tej artystycznej. Tu tak samo. Weź algorytm ARIZ i zrób wynalazek, opatentuj go i zostań bogaczem. Tak samo prosto jak w przypadku malarstwa – weź pędzel i maluj. Wartość Twojego dzieła może zapewnić Ci śmiech najbliższych lub uznanie świata i miejsce w encyklopedii. Możliwość spróbowania masz. Mimo to pamiętaj i o tym – wielość rozwiązań jednego zadania wcale nie musi implikować klasyfikacji tych rozwiązań na lepsze i gorsze (zawsze można się kłócić o stosowane kryteria oceny :)).

Dla porządku przypominam – prezentowane tu poglądy są moimi subiektywnymi poglądami i ocenami, za którymi nie stoi żaden bardzo naukowy Instytut Metodologii Ogólnej Wszystkiego Najlepszego. To raczej zapiski skromnego adiunkta analityka katedry Podziwiaczy Pięknego Myślenia w Akademii Mniemanologii Stosowanej. Dzięki temu w tekście mogę sobie pozwolić na wszystko co naukowe, nienaukowe i całą resztę bez obawy utraty autorytetu Bardzo Poważnego Naukowego Autora…

ARIZ – genialny fundament

Jak wszystko co genialne, ARIZ opiera się na bardzo prostej podstawie. A potem obrasta w szczegóły. Kamieniem węgielnym podstawy fundamentu ARIZ jest cykl 4 kroków znajdowania rozwiązania zadania wynalazczego. Jeżeli jako zadanie wynalazcze potraktuje się modyfikację istniejącego rozwiązania znamienną tym, że po przeprowadzeniu tej modyfikacji nowe rozwiązanie jest pozbawione jakiejś niedogodności obecnego rozwiązania, to te 4 kroki pasują jak najbardziej. Klasyfikacji tak uproszczonej wymykają się wynalazki najwyższego poziomu, takie jak koło, tranzystor czy laser, ale to drobiazg niewart uwagi, metoda „łyka” takie problemy dzięki możliwości dowolnego uogólnienia sytuacji wyjściowej.

Mówiąc krótko, należy:

  1. wyodrębnić i dookreślić problem;
  2. uogólnić nasz problem do pewnej klasy problemów, dookreślić sprzeczność techniczną;
  3. spróbować rozwiązać problem ogólny zgodnie z zalecanym schematem sprzeczność/metody usuwania;
  4. powrócić do rozważań wyjściowych i dopracować szczegóły rozwiązania.

I już koniec. Banalnie proste, prawda? Równie proste, jak np. reguła judo „ugiąć się, aby zwyciężyć”. Tyle, że w judo towarzyszy temu galeria ruchów, chwytów, rzutów, trzymań i innych elementów „wykładni” treści podstawowej. Inny przykład. Stwierdzenie, że podstawą religii chrześcijańskiej są 2 przykazania miłości, a Biblia i cała reszta to już tylko rozwinięcie i komentarz. No dobra – nie będę się dalej znęcał. Rozwinę te 4 kroki metody zgodnie (mam nadzieję) z duchem autora.

1. Wyodrębnić i dookreślić problem.

Najczęstszym przypadkiem do dokonania wynalazku jest jakiś istniejący system techniczny. System ten „kuleje” i trzeba usunąć przyczynę kłopotów lub zaleczyć skutecznie skutki niedogodności. Problem jest zawsze prosto z życia, a więc obciążony mnóstwem nieistotnych szczegółów. Stąd w pierwszym kroku potrzeba przeanalizowania sytuacji, znalezienia problemu, „oczyszczenia” go ze zbędnych szczegółów. Trudno w tym momencie uciec od jakiegoś przykładu, zrozumiałego dla możliwie grupy odbiorców. Proponuję jeden z przykładów z książki proponowanej na początku. Tym, dla których rozwiązanie tego zadania jest znane z codziennej praktyki przypominam – to tylko ilustracja metody. Szerzej o zagadnieniu ryzyka ilustrowania problemu przykładami chyba pisałem już wcześniej (w okolicach tłoczni ścieków jako ilustracji rozwiązania idealnego).

Mamy powierzchnię jakiegoś przedmiotu. Tę powierzchnię należy precyzyjnie oszlifować i wypolerować na kształt będący czymś zbliżonym do fragmentu kuli z jednej strony a walca z drugiej. Wystarczy mocno docisnąć do siebie dłonie i potrzeć je o siebie, aby wydzielone ciepło pozwoliło nam zrozumieć podstawowy problem. Szlifowanie i polerowanie to tarcie. Tarcie równa się ciepło. Szybkie polerowanie równa się dużo ciepła. Żeby był trudniej, niech to będzie szkło. Kruche, twarde, z przewodnictwem cieplnym też nie najlepiej. Dla większej trudności produkujemy soczewki. Wiadomo – soczewka jest bardzo precyzyjnie wyszlifowanym i wypolerowanym kawałkiem szkła – co widać choćby na nosach coraz częściej występujących okularników. Zadanie stanie się jeszcze trudniejsze, gdy zamiast szkła weźmiemy coraz popularniejsze tworzywa sztuczne (zwane dzięki obrzydliwej kalce z języka angielskiego plastikami). Tworzywa sztuczne przy wzroście temperatury tracą właściwości mechaniczne szybciej niż szkło. A tu produkcja masowa ma swoje wymagania – proszę produkować szybciej, taniej, więcej i lepiej. Osobiście jako okularnik uważam, że  wzrost zapotrzebowania na okulary związany jest z rozwinięciem metod diagnostycznych i objęciem badaniami większej części populacji niż z wzrostem zachorowalności i ogólnym postępującym charłactwem gatunku ludzkiego, ale to temat na odrębny tekst. Mamy więc przyspieszyć proces produkcji soczewki.

Etap „oczyszczania” zadania ze zbędnych szczegółów to właśnie to. Odrzucamy wzrost zapotrzebowania na soczewki (te okularowe też, skoro spada poziom czytelnictwa a wzrasta oglądactwa). Odrzucamy problem polerowania soczewek jako część procesu produkcji. Odrzucamy zagadnienie mięknięcia powierzchniowego tworzyw sztucznych jako skutek nadmiernych ilości ciepła wydzielanych przy szybkim polerowaniu. Nie interesuje nas nawet problem odprowadzania z miejsca obróbki zużytych ziaren materiału polerującego i drobin materiału obrabianego. Odzierając nasz problem w pierwszym kroku ze wszystkich zbędnych szczegółów, a przede wszystkim z fachowej terminologii, dochodzimy do sedna problemu, czyli zadania wynalazczego: jak pogodzić ze sobą wzrost szybkości polerowania z wzrostem szybkości odprowadzania ciepła?

2. Uogólnić nasz problem do pewnej klasy problemów, dookreślić sprzeczność techniczną.

Podział pomiędzy etap 1 i 2 wprowadziłem dość arbitralnie akurat w tym miejscu.

Z twórczością tak bywa – pewnie jakiś inny specjalista zarzuciłby mi błąd metodologiczny, ale zadaniem jakie ja rozwiązuję jest zachęcenie do poznawania heurystyki – od solidnie wykładanych metodyk pisanych dość często drętwym językiem to ja mam właśnie takich specjalistów, ja sam wybieram takie jak ta formy działania i to jest mój autorski wkład w tym miejscu i czasie. Rozwiązywanie zadania wynalazczego to proces, a ARIZ ma sterować tym procesem. Podział procesu na części to tylko chwyt metodologiczny przy nauczaniu metody. Wróćmy jednak do naszych soczewek zanim kandydaci na okularników stracą ostrość spojrzenia na problem.

Analizujmy nasze zadanie dalej. Mamy powierzchnię szlifowaną, szklaną lub -bleeee! – plastikową. W samym szlifowanym przedmiocie – produkcie gotowym – nie wprowadzamy żadnych zmian (UWAGA! to tylko założenie – je też można zmienić i dojść do innych rozwiązań!). Zatem obiektem naszego zainteresowania będzie tarcza polerska.

Jeżeli polerujemy powoli przesuwając tarczę po obrabianej powierzchni, nie ma problemu. Wytworzone ciepło odprowadzane jest przez materiał obrabiający i obrabiany, a następnie rozpraszane w otoczeniu. W pierwszym etapie przyspieszenia obróbki w tarczy wywiercono otwory i wprowadzono pod ciśnieniem ciecz chłodzącą. Teraz mamy przyspieszyć proces. Jak odprowadzić więcej ciepła? Materiału obrabianego nie przerobimy na taki, co szybciej przewodzi ciepło (UWAGA! to tylko założenie! A dlaczego nie spróbować?). Materiał tarczy polerskiej też raczej nie do zmiany. Polerowanie zachodzi w miejscu kontaktu materiałów obrabianego i obrabiającego. Jeżeli zwiększymy przepływ cieczy chłodzącej (na przykład czystej wody), to trzeba będzie zwiększyć przekrój otworów w tarczy polerskiej doprowadzających wodę. Większe otwory to mniejsza powierzchnia polerska. A to znaczy mniejsza wydajność procesu polerowania. I wreszcie zaczyna się nam rysować owa poszukiwana sprzeczność fizyczna, będąca uogólnionym problemem do rozwiązania. Powierzchnia tarczy polerskiej powinna być wykonana z materiału twardego, by mogła polerować szkło, i z materiału „dziurawego” na tyle, aby przepuszczał ciecz chłodzącą.

3. Spróbować rozwiązać problem ogólny zgodnie z zalecanym schematem sprzeczność/metody usuwania.

Po prostu cała powierzchnia tarczy ma być jednocześnie „dziurą” i tarczą. Drobiazg. Sięgamy do arsenału metod rozwiązywania zadań ogólnych. Jeden materiał nie może jednocześnie mieć dwóch sprzecznych właściwości? Nie da się narzucić dwóch przeciwnych stanów? No to trzeba rozdzielić te przeciwstawne właściwości. Na przykład w czasie: materiał może mieć naprzemiennie jedną i drugą właściwość, a zmiana ma zachodzić z częstotliwością „niedostrzegalną” przez zasadniczy proces zadania. Można rozdzielić w przestrzeni – obiekt może składać się z dwóch obiektów o różnych pożądanych właściwościach. Można też nie oddzielać właściwości, a poszukać czegoś w stanie pośrednim, w którym przejściowo materiał ma jednak obie właściwości. Obiecującym jest ten sposób, więc może by tak popatrzeć na materiał polerski. Twarde ziarna sklejone obojętnym spoiwem. A gdyby zmienić bierne spoiwo na aktywne chłodziwo? I wykonać tarczę polerską z lodu, w który wmrożone są ziarna materiału polerskiego? EUREKA!

4. Powrócić do rozważań wyjściowych i dopracować szczegóły rozwiązania.

W mojej opinii są dwie zasadnicze części rozwiązywania zadań, nie tylko inżynierskich. Część pierwszą nazywam „artystyczną” – tu następuje zasadnicze wymyślanie idei rozwiązania, nowości, której przedtem nie było. Drugą część nazywam „rzemieślniczą” – tu artystyczne wymysły przetwarzane są na twardą rzeczywistość. Po przejściu 3 kroków ARIZ mamy z głowy tę część artystyczno-twórczą – nowy materiał polerski. Teraz powracamy z wyżyn artystyczno-abstrakcyjno-ogólnych do nizin określonego zadania. I praktyki twórczości inżynierskiej. Nie ma na to wzorów naukowych ani danych doświadczalnych. Więc nie ma innej rady – trzeba wziąć parę garści elementów prosto z produkcji, jakieś (brr…) plastikowe miseczki, wymieszać proszek polerski z wodą w różnych proporcjach, zamrozić naszą koncepcję tarczy polerskiej w podręcznej zamrażarce z jednoczesnym mocowaniem trzpienia do montowania tarczy w uchwycie automatu polerskiego, i popróbować – jak długo, jak silnie dociskać, ile wytrzymuje tarcza, a ile soczewka…. A w wolnej chwili zasiąść przy kawie z zespołem kreatywnym czy zapędzić jakiś „core team” do roboty – niech opracują na papierze/w komputerze śliczny projekt naukowo-badawczy zgodnie z przepisami, tym razem natchnienia szukając w jakimś PMBOOK. Ideę rozwiązania można wymodelować nawet w pojedynczej mózgownicy, ale szczegóły wymagają czasu, pracy, no i kasy. (W końcu nazwa i zawartość witryny 4PM zobowiązuje mnie do pamiętania o Project Management :))

Ciąg dalszy (może zawsze) wystąpić

Kiedy już odeślemy nasz zespół praktyków – inżynierów z zespołu B + R do laboratorium w celu dopracowania rozwiązania szczegółowego mrożonej tarczy polerskiej, spójrzmy dzięki poprawionej wypolerowanymi na błysk soczewkami ostrości widzenia na cały ten etap. Zresztą jeden z twórców innego kawałka heurystyki, niejaki G. Polya, określił ostatnią część swojej metody jako „refleksja nad rozwiązaniem”. Tego absolutnie nie może zabraknąć. Wszak wskutek kontynuacji pracy ekipy myślicieli może zajść konieczność wyciągnięcia inżynierów z zamrażarki ;)

W sposób niejawny część zadań opisanych w omawianej książce zakłada wykorzystanie do maksimum istniejącego środowiska i ograniczanie do minimum interwencji w udoskonalany element. Tak jest w tym przypadku. Nie zmieniamy procesu produkcyjnego. Nie zmieniamy oprzyrządowania ani maszyn. Interwencja w układ ograniczona tak, że bardziej chyba nie można. Można jednak popuścić wodze fantazji i mając wymyślonego „pewniaka” spróbować wygenerować inne rozwiązania. Pamiętamy wszak założenie: „istnienie wielu rozwiązań jednego zadania nie oznacza, że jedne z nich są gorsze a inne lepsze – to kwestia kryteriów oceny”.

Pytanie brzmi: po co polerujemy soczewki? Aby nierówności na ich powierzchni były tak małe, aby nie zakłócać przebiegu fali światła na granicy soczewka/powietrze. A skąd się biorą te nierówności? Z niedoskonałości procesu produkcyjnego. Kolejne pytanie: czy proces produkcyjny da się tak udoskonalić, aby nie zachodziła konieczność szlifowania i polerowania? Pozostawmy je na razie bez odpowiedzi, jako niespecjaliści w przemyśle elementów optycznych. Choć wartałoby pogrzebać w zagadnieniach produkcji i poszukać rozwiązania idealnego: w jednym procesie technologicznym formowania elementu optycznego uzyskujemy od razu powierzchnię tak idealną, że nie wymaga szlifowania i polerowania.

Na marginesie proszę zwrócić uwagę na zezwolenie na twórcze manipulowanie i przy procesie produkcyjnym i przy komponowaniu materiału na elementy optyczne. Kolejny pomysł. Materiał tarczy polerskiej w całości obojętny twardy i odporny na ścieranie, a ciecz chłodząca jest nośnikiem coraz mniejszych ziaren z materiału obrabiającego o malejącej twardości: dzięki temu w jednym zamocowaniu elementu obrabianego mamy najpierw szlifowanie, a potem polerowanie. Kolejny pomysł wykorzystania cieczy. Ale tym razem cieczą niech będzie materiał obrabiany. W końcu spokojna powierzchnia cieczy jest idealnie gładka. Napięcie powierzchniowe samo wygładza powierzchnię. A gdyby tak nad powierzchnią obrabianego detalu przesunąć strefę wysokiej temperatury, jakiś na przykład palnik szczelinowy wytwarzający plazmę argonową – górna warstwa detalu zostanie stopiona na niewielką głębokość, ciecz wygładzi „zmarszczki”, a strefa chłodzenia utrwali gładką powierzchnię. I szlifowanie wraz z polerowaniem mamy z głowy. Albo zamiast przetapiania strefowego wymyślimy jakiś „impuls ogniowy”, który na ułamek sekundy podgrzeje i stopi wierzchnią warstwę od razu na powierzchni całej soczewki. Może materiały wybuchowe? Może ultradźwięki by pomogły?

Zajrzyjmy w okolice – jak w innych dziedzinach radzą sobie z problemem wygładzania powierzchni? Coś bardzo górnolotnego na początek: elektrochemiczne polerowanie metali. Odpowiednio dobrana kąpiel galwaniczna i warunki prowadzenia elektrolizy powodują, że najpierw rozpuszczają się „szczyty gór” na powierzchni polerowanego detalu. Może więc odpowiednio dobrany proces „rozpuści szczyty gór” na polerowanej powierzchni?

Szukać należy wszędzie. Akurat przy pisaniu tego fragmentu tekstu przygotowywałem się do tzw. „poważnego wyjścia”. Wiecie-rozumicie: garnitur, krawat, śnieżnobiała koszula (a może powierzchnię tych soczewek potraktować mikrożelazkiem, który spowoduje zmięknięcie wierzchniej warstwy materiału i mechanicznie wygładzi nierówności?), wypastowane do połysku buty… i kolejna idea: może cały ten proces trzeba postawić na głowie? W końcu skóra na butach jest bardzo nierówna. W procesie pastowania i polerowania najpierw nanosimy na nierówną powierzchnię pastę, a potem wygładzamy ją na lustro tak podziwiane w wyższych sferach, w kręgach biznesu, a zwłaszcza HR ;)

Może tak samo da się podejść do tych soczewek? Oszlifowane z grubsza pokryć plastyczną pastą z materiału maksymalnie zbliżonego czy nawet identycznego z obrabianym, prosto wygładzić „jednym ruchem szmatki” wypełniając dołki zamiast ścinania górek, a potem utrwalić pastę drogą chemicznego lub fizycznego procesu? Przy okazji ta dodatkowa warstwa mogłaby mieć nowe właściwości fizyczne i pełnić dodatkowe funkcje? W końcu tak długo, jak księgowy nie marudzi na temat narastającego zadłużenia w projekcie, wariantów można wymyślać całe góry – przynajmniej jest co analizować, odrzucać, doskonalić, chwalić, krytykować i tak dalej. Jako podstawowe kryterium oceny rozwiązania należy brać zgodność z wyjściowymi warunkami zadania – dopóki nie przekonamy sponsora o korzystniejszej metodzie „obejścia” problemu zamiast jego rozwiązania, warto mieć w garści coś, za co sponsor będzie skłonny zapłacić ;)

Po krótkiej przerwie na poszukiwanie drugiej pary okularów zobaczyłem w wyobraźni takie cudo przyszłości: na oko zwykłe okulary w ramce, a w rzeczywistości dalmierz laserowy na bieżąco mierzy odległość od oka do obserwowanego przedmiotu, a precyzyjna pompa w takt sygnałów sterujących pokładowego komputera zmienia ciśnienie płynu optycznego pomiędzy dwoma cieniutkimi plasterkami elastycznego tworzywa, przez co ogniskowa okularów automatycznie dostosowuje się do odległości od obserwowanego przedmiotu. Do tego podsystem analizy głosu, aby zdenerwowany okularnik obserwujący smugi deszczu na szybie okna mógł skorygować „ręcznie” ogniskową soczewki (laser dalmierza mógłby być „za głupi” aby wymyślić obserwację szklanego elementu zamiast krajobrazu za oknem), i jeszcze parę innych gadżetów godnych Bonda: potraktowanie przedniej powierzchni soczewki jako analizatora obrazu, a tylnej jako projektora, i mamy poręczny noktowizor… Wyobraźnia to potęga, jak jej popuścić cugli, to pobryka jak Tygrysek z fajnej bajki o przesympatycznym Misiu z Bardzo Małym Rozumkiem.

Podsumowując ten fragment: nie bójmy się zadawania pytań bardzo podstawowych. Nie ma głupich pytań. Głupia może być odpowiedź. Nie bójmy się fantazji. Rzeczywistość i tak przerasta wyobraźnię: mamy przecież miękkie soczewki nakładane bezpośrednio na powierzchnię oka, a tych przecież się nie szlifuje, mamy wreszcie bezpośrednią obróbkę laserem powierzchni rogówki, co powoduje w procesie gojenia uszkodzeń tak dobrane odkształcenia, że okulary w ogóle przestają być potrzebne. Jednak nie da się rozwiązywać zadania wynalazczego w całkowitym oderwaniu od otoczenia. Altszuller miał rację. Zacząć i skończyć rozwiązywanie problemu w realiach „tu i teraz” szybując nieskrępowaną wyobraźnią w czasie przebywania pomiędzy tymi granicznymi stanami.
Uuuups! Trochę za bardzo się rozpędziłem. Pora wrócić do tematu tytułowego.

4 już były, to pora na te 40 i coś więcej

TADAAMM! Wreszcie długo obiecywane chwyty wynalazcze. Na początek całe 40 sztuk według Akademii Wynalazców Altszullera. Według literatury podane „jak leci” bez rozwinięcia.

  • Segmentacja
  • Wydzielenie
  • Lokalna jakość
  • Asymetria
  • Łączenie
  • Uniwersalność
  • „Matrioszka”
  • Przeciwciężar
  • Przeciwdziałanie zapobiegawcze
  • Zapobieganie
  • Wcześniejsze wytłumienie
  • Ekwipotencjalność
  • Wykonanie „na odwrót”
  • Sferoidalność
  • Dynamika
  • Częściowe lub nadmierne działanie
  • Inny wymiar
  • Wibracje/drgania
  • Działanie impulsowe
  • Ciągłość
  • Przeskok
  • Straty na korzyści
  • Sprzężenie zwrotne
  • Pośrednik
  • Samoobsługa
  • Kopiowanie
  • Tania nietrwałość
  • Zastąpienie mechaniki. Pneumatyka i Hydraulika
  • Elastyczne powłoki i błony
  • Materiały porowate
  • Zmiana kolorów
  • Homogeniczność
  • Odrzucenie i regeneracja
  • Zmiana parametrów
  • Fazy przejściowe
  • Rozszerzanie cieplne
  • Utleniacze
  • Neutralne środowisko
  • Materiały kompozytowe

Tyle wyszło z analizy tysięcy patentów. Ponieważ nauka ciągle idzie dalej, już pod hasłem TRIZ znalazłem dodatkowe narzędzia:

  • Zastosowanie przerw
  • Wieloetapowość
  • Zastosowanie piany
  • Rozkład na części
  • Dwudrożność
  • Środki wybuchowe
  • Połączenie w wodzie
  • Zassanie próżnią
  • Rozpuszczenie-połączenie

O użyciu kilku z nich wspomniałem wyżej. Resztę będę przybliżać w następnych przykładach. Część będzie pochodzić z wspomnianej książki, a kilka może dam radę sam wymyślić.

Łączenie

Mamy problem: pasażer obok kierowcy samochodu i sam kierowca mogliby potrzebować ekranu komputera, ale każdy potrzebuje czegoś zupełnie innego na tym ekranie. Kierowca podglądnąłby mapę podróży, a pasażer jakiś filmik, jakieś granie na ekranie lub skakanie po sieci. Każdy chciałby duży ekran dla siebie. No i mamy problem ograniczony do sprzeczności: albo dwa ekrany mniejsze, albo jeden większy – w końcu samochód ma ograniczoną wielkość. Chcemy duży ekran, jeden (także ze względu na koszty!), ale żeby łączył w sobie dwa obrazy równocześnie.

Proste rozwiązanie już jest od czasów tzw. zdjęć trójwymiarowych: obraz wyświetlany w dwóch kolorach, a każdy użytkownik ma okulary-filtry na nosie. Każda para oczu widzi inny obraz. Ciekawe rozwiązanie innego, podobnego problemu też już jest – tak zwane „przestrzenne” obrazki dostępne na straganach odpustowych od wielu lat – dwa obrazy pocięte na wąskie pionowe „plasterki”, a powierzchnia obrazka przypomina fale na wodzie. Promień światła odbity od pasków obrazków załamuje się na granicy faz, przez co obraz oglądany zależy od kąta patrzenia – raz widać jeden obrazek, raz drugi. Jest typowe ŁĄCZENIE według Altszullera. Dwa obrazy widoczne na jednej powierzchni.
I mamy gotowca, którego wprost z odpustowego straganu przenosimy na ekran najnowszego krzyku techniki samochodowej. Komputer bez problemu dzieli obrazki dla kierowcy i pasażera na dwie serie wyświetlanych „pasków”, „fale” na powierzchni jednego ekranu powodują zobrazowanie właściwej treści dla każdego z użytkowników z osobna, bo jeden patrzy na ekran z lewej, drugi z prawej, wszyscy szczęśliwi, a my lecimy do kasy po odbiór nagrody za szlagier rynkowy…

Druga część artykułu: 40 narzędzi ARIZ (TRIZ) – przybliżenie drugie

Autorem artykułu jest Jerzy Grześka.

PODZIEL SIĘ
Redakcja 4PM.pl
Misją 4PM.pl jest pomaganie Project Managerom w ich codziennej pracy poprzez dostarczanie informacji i wiedzy z zakresu zarządzania projektami.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ