Czy zarządzanie ryzykiem w projekcie ma sens?

0
828

Decydując się na zakup nowoczesnego samochodu, wyposażonego w 8 poduszek powietrznych, system ABS, ESP itp. inwestujemy w nasze bezpieczeństwo. Innymi słowy, staramy się zredukować ryzyko wypadku. Podobnie dzieje się, gdy zakładamy kask rowerowy lub ochraniacze na kolana czy łokcie. Świadomie czy nie, każdy z nas zarządza ryzykiem.

Pierwszy krok to identyfikacja zagrożenia, np. podczas jazdy na rowerze można upaść, co z kolei może doprowadzić do urazu głowy, w konsekwencji do poważnego uszczerbku zdrowia, a nawet śmierci. Drugi krok to ocenaryzyka. W uproszczeniu można powiedzieć, że miarą ryzyka jest iloczyn prawdopodobieństwa (np. poważnego upadku podczas jazdy rowerem) i wpływu wypadku na nasze życie (np. koszty leczenia, utrata zarobków itp.). Mając już ww. informacje, tj. rozpoznane zagrożenie, ocenione jego prawdopodobieństwo i skutek, możemy przystąpić do planowania i wdrażania działań zapobiegających niebezpieczeństwu lub zmniejszających jego dotkliwość. Ale czy nasze działania rzeczywiście są skuteczne? Czy inwestycja w samochód naszpikowany elektroniką wspomagającą kierowanie zmniejsza ryzyko wypadku?

Planuj i wdrażaj

W cyklu zarządzania ryzykiem projektu: identyfikuj – oceniaj – planuj – wdrażaj chciałbym się skoncentrować na ostatnich dwóch krokach, w kontekście zjawiska nazwanego „homeostazą ryzyka”. Jeden z największych autorytetów w tej dziedzinie, Gerald Wilde, w swojej książce pt. „Target Risk” postawił następującą tezę: „W pewnych okolicznościach zmiany, które wydają się zwiększać bezpieczeństwo systemu lub organizacji, faktycznie nie dają tego efektu. Dlaczego? Ponieważ ludzie wydają się mieć fundamentalną skłonność do kompensowania obniżonego ryzyka w jednej dziedzinie wzmaganiem ryzyka w innych dziedzinach”. Oto kilka przykładów.

W latach 80. XX w. przeprowadzono eksperyment polegający na obserwacji wpływu ABS-u na jazdę taksówkarzy jednej z monachijskich korporacji, przy czym tylko połowa samochodów została wyposażona w system zapobiegający blokowaniu kół podczas hamowania. Pojazdy z ABS i bez tego systemu zostały przydzielone kierowcom losowo. Przez następne 3 lata obserwowano skutki. Spodziewano się, że liczba kolizji i wypadków w grupie samochodów wyposażonych w ABS spadnie. Wyniki nie potwierdziły tej tezy – przeciwnie, ich liczba była nieznacznie wyższa niż w grupie samochodów bez ABS. Co spowodowało, że liczba stłuczek nie zmalała – szybka i agresywna jazda, spóźnione hamowanie, ostre skręty kierownicą taksówkarzy dysponujących bezpieczniejszym samochodem. Kierowcy, mając poczucie redukcji ryzyka wypadku dzięki zaawansowanej technice, dokonali tzw. kompensacji i zaczęli ostrzej jeździć, powracając do „swojego” poziomu ryzyka.

Odwrotną sytuację zanotowano w Szwecji, gdzie pod koniec lat 60. XX w. zdecydowano się na drogową rewolucję i wprowadzono ruch prawostronny. W konsekwencji, spodziewano się znaczącego wzrostu liczby wypadków do czasu zmiany przyzwyczajeń kierowców,. Nic podobnego. W okresie pierwszych 12 miesięcy liczba wypadków śmiertelnych spadła o 17%. Kierowcy odczuli wzrost ryzyka spowodowany zmianą organizacji ruchu, więc skompensowali go ostrożniejszą jazdą. Później wszystko wróciło do normy.

Co ciekawe, o kompensacji ryzyka towarzyszącego homeostazie nie zawsze decyduje główny zainteresowany. W 2007 r. w USA opublikowano raport Accident Analysis & Prevention, w którym wykazano, że kierowcy samochodów mijając rowerzystów w kaskach, zachowują mniejszą odległość, co jest główną przyczyną wypadków. A więc zakładając kask, musimy sobie zdawać sprawę, że inni uczestnicy ruchu będą nas traktować z mniejszą ostrożnością, co zwiększa ryzyko wypadku.

Przykłady można mnożyć. Bezpieczne zamknięcia leków w pojemnikach, chroniących je przed dostępem dzieci, powodują, że rodzice już tak nie uważają, gdzie leki chowają, w związku z czym liczba zatruć wcale nie spadła. Wg Rochester Institute of Technology kaski narciarskie nie zmniejszają liczby i skutków wypadków na stoku. W ciągu 10 lat liczba użytkowników kasków wzrosła o 40%, a liczba poważnych wypadków per capita jest na tym samym poziomie. Konkluzja jest prosta: w kasku jeździmy ostrzej.

Skutki uboczne

Co to dla nas oznacza w kontekście zarządzania projektami? Wyżej przedstawione przykłady świadczą o tym, że inwestycja w środki techniczne zwiększające bezpieczeństwo (np. systemy informatyczne, systemy przeciwpożarowe itp.), mają swoje skutki uboczne, powodujące często, iż nasza ekspozycja na ryzyko nie ulega zmianie, ponieważ ludzie dokonają kompensacji podniesionego poziomu bezpieczeństwa w postaci zachowań bardziej ryzykownych niż do tej pory.

A może kluczem do walki z ryzykiem są procedury, wytyczne oraz kary za ich naruszanie? Gerald Wilde w książce „Target Risk” nie pozostawia złudzeń. Narzucenie ludziom reguł, popartych sankcjami, takimi jak np. konieczność zapinania pasów w samochodzie pod groźbą mandatu, spowoduje jedynie, że ludzie będą przestrzegać tych konkretnych reguł, ale to nie wpłynie na podniesienie ogólnego poziomu bezpieczeństwa (np. zmniejszenie liczby tragicznych wypadków), ponieważ nastąpi zwykle nieuświadomiony efekt homeostazy ryzyka, tj. kierowcy zmuszeni do jazdy w pasach będą jeździć agresywniej.

Skoro zabezpieczenia techniczne oraz reguły i procedury mogą dać nam jedynie iluzję redukcji ryzyka, to co nam pozostaje? Kolejnym sposobem na zwiększenie poziomu bezpieczeństwa jest edukacja lub treningi w rozumieniu podnoszenia umiejętności radzenia sobie w sytuacjach zagrożenia. I z tym mitem rozprawia się Gerald Wilde. W Ontario przebadano wypadki motocyklistów. Wzięto pod uwagę liczbę wypadków w odniesieniu do przejechanych kilometrów w dwóch grupach: (a) 800 kierowców szkolonych w oficjalnym programie bezpiecznej jazdy i (b) 1100 motocyklistów po zwykłym przyuczeniu. Odsetek wypadków w obu grupach był porównywalny. Czy to znowu efekt homeostazy ryzyka? Wyższe niż przeciętne umiejętności, tak samo jak nowoczesny i „bezpieczny” motor mogą stać się przyczyną złudnego poczucia bezpieczeństwa, które powoduje, że z większą prędkością wchodzimy w zakręt.

Czy zarządzanie ryzykiem ma sens?

W takim razie, jeśli mogą nas zwieść zabezpieczenia techniczne, procedury oraz wysokie umiejętności – czy zarządzanie ryzykiem ma w ogóle jakiś sens, jeśli towarzyszy mu tzw. element ludzki? Gerald Wilde, a za nim Scott Geller, profesor psychologii z Uniwersytetu Technicznego w Wirginii, twierdzą, że z ryzykiem można jedynie walczyć, oddziałując na system wartości, który wyznacza granicę akceptowalnego ryzyka jednostek czy grup. Tylko przesunięcie tej granicy spowoduje, że nie nastąpi efekt kompensacji czy homeostazy. Musimy zaakceptować i uznać za słuszne ograniczenia prędkości i konieczność jazdy w pasach, wówczas nie będziemy kompensować tych ograniczeń, ryzykownie wyprzedzając czy rozpędzając się tam, gdzie nas nie złapią.

W kontekście zarządzania ryzykiem w projektach, zjawisko homeostazy nie podważa tradycyjnych metod prowadzących do unikania, redukcji czy przeniesienie efektów zagrożenia. Świadomość jego istnienia umożliwia poszerzenie wiedzy nt. skuteczności naszych działań. Połączenie dwóch strategii zarządzania ryzykiem, z jednej strony zabezpieczenie techniczne, procedury i szkolenia, a z drugiej praca nad kulturą organizacji i jej wartościami może przynieść zdecydowanie lepszy efekt.

Autorem tekstu jest Mikołaj Demko, trener Zarządzania Projektami
Altkom Akademia S.A.

PODZIEL SIĘ
Redakcja 4PM.pl
Misją 4PM.pl jest pomaganie Project Managerom w ich codziennej pracy poprzez dostarczanie informacji i wiedzy z zakresu zarządzania projektami.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ