Jak podchodzić do problemów „nierozwiązywalnych”

0
1099

Każdy z nas, w pracy i w życiu prywatnym, napotyka od czasu do czasu problemy, których nie potrafi rozwiązać. Część tych problemów rzeczywiście nie jest możliwa do rozwiązania w istniejących okolicznościach i przy użyciu dostępnych środków, jednak zbyt często zdarza się, że rezygnujemy z dalszych prób znalezienia rozwiązania, mimo że posiadamy kwalifikacje i zasoby, które – odpowiednio zastosowane – przyniosłyby pożądany rezultat.

Mechanizm takiego zjawiska jest zwykle podobny – definiujemy zadanie, przeprowadzamy analizę, układamy plan działania, podejmujemy działanie, a kiedy działanie nie przynosi skutku – podejmujemy kolejne próby: modyfikujemy plan, a następnie staramy się jak najlepiej go wykonać. Kiedy uznamy, że w kolejnych planach wypróbowaliśmy już wszystkie możliwości, a w działaniu zrobiliśmy wszystko co było w naszej mocy, stwierdzamy że nie jesteśmy w stanie rozwiązać problemu. Tymczasem przyczyną niepowodzenia jest najczęściej błędnie wykonana analiza. Nierzadko sedno problemu tkwi w jakimś prostym, pochopnie przyjętym założeniu, które powoduje, że plany tworzone w oparciu o tą analizę, są z góry skazane na niepowodzenie, a działania zmierzające do realizacji tych planów, przypominają walenie głową w mur.

Dlatego, jeśli widzimy że nie jesteśmy w stanie rozwiązać jakiegoś problemu, zanim ostatecznie zrezygnujemy, należy cofnąć się do etapu definiowania zadania, i jeszcze raz przemyśleć co tak naprawdę chcemy osiągnąć. Ważne jest, żeby skoncentrować się na samej istocie zadania i nie sugerować się dotychczasowymi założeniami, wnioskami, itp. Może się wtedy okazać, że rozwiązanie cały czas było możliwe, tylko już na samym początku poszliśmy niewłaściwą drogą.

Doskonałym przykładem jest tu historia poszukiwań przez archeologów Itaki – ojczyzny Odyseusza. Itaka została opisana w Odysei jako wyspa, z cechami ukształtowania terenu na tyle charakterystycznymi, że można było pokusić się o jej odnalezienie. Na Morzu Egejskim jest wprawdzie wyspa, która nosi nazwę „Itaka”, jednak jej wygląd różni się znacznie od Itaki opisanej w Odysei. Poszukiwania trwały wiele lat. Archeolodzy przebadali w pierwszej kolejności wszystkie wyspy na Morzu Egejskim, jednak żadna nie pasowała do opisu z Odysei. Następnie przebadane zostały wszystkie wyspy na Morzu Śródziemnym – z tym samym skutkiem. Sprawdzono nawet wyspy na Morzu Północnym – również bez rezultatu. Ostatecznie uznano, że opis w Odysei jest fikcją, i Itaka – taka jak została opisana – nigdy nie istniała. A jednak Itaka została odnaleziona. Dokonał tego archeolog – amator, który dysponował ułamkiem wiedzy jaką mieli jego poprzednicy. Ale za to – mówiąc kolokwialnie – „potrafił myśleć”. Zaczął od sformułowania poprawnej definicji zadania. Brzmiała ona: „chcemy odnaleźć ojczyznę Odyseusza – Itakę, przy założeniu że opis Itaki podany w Odysei jest zgodny z prawdą”. Na tym koniec – to już była pełna, stuprocentowa definicja zadania.

Każde słowo więcej byłoby jedynie hipotezą, albo wnioskiem który może okazać się błędny. Taki właśnie błędny wniosek przyjęli za podstawę swoich działań poprzedni poszukiwacze. Uznali, że jeśli Itaka została opisana jako wyspa, i jeśli zakładamy że Odyseja mówi w tej kwestii prawdę, to znaczy że należy szukać wyspy. A przecież to bzdura ! Jedyne co na tej podstawie można wnioskować, to to że Itaka była wyspą w czasach, kiedy powstawała Odyseja.

Dalszy plan działania był już prosty – za pomocą zdjęć satelitarnych odnaleziono obszar (na stałym lądzie) który pasował do opisu w Odysei, wykonano badania geologiczne, które wykazały, że w czasach spisywania Odysei ten kawałek lądu był wyspą (wyspa połączyła się później z lądem na skutek procesów geologicznych), i przeprowadzono wykopaliska, które udowodniły, że w tamtych czasach wyspa była zamieszkana.

Spójrzmy teraz na ten problem ogólnie – doskonali fachowcy, dysponujący wielkimi zasobami, przez wiele lat robili wszystko co mogli, żeby znaleźć rozwiązanie. Nie dali rady. Po wypróbowaniu wszystkich możliwości uznali, że problemu nie da się rozwiązać. Jedno jedyne założenie, przyjęte na początku analizy, skierowało wszystkie działania w ślepą uliczkę. Problem rozwiązał ktoś, kto zamiast układać kolejne plany („gdzie jeszcze może być ta wyspa ?”) odrzucił dotychczasowe założenia, i ponownie rozpoczął analizę, wracając do najprostszej, czystej definicji zadania.

Przyjrzyjmy się jeszcze jednemu przykładowi, tym razem związanemu z ulepszaniem produktu i konkurencją na rynku. Jedną z cech, na jaką zwracają uwagę nabywcy składanych noży, jest to na ile szybko można taki nóż otworzyć po wyjęciu z kieszeni. Najstarszą konstrukcją jest oczywiście klasyczny scyzoryk, który jedną ręką trzyma się za obudowę, a drugą ręką otwiera się ostrze. Taki sposób otwierania zabiera najwięcej czasu. Szybciej (a przy tym jedną ręką) można otworzyć nóż wyposażony w specjalny kołek lub otwór na ostrzu – palcami chwyta się rękojeść, kciuk tej samej ręki opiera się o kołek lub wkłada w otwór, a następnie wykonuje się niewielki ruch kciukiem, który powoduje otwarcie ostrza. Istnieją tzw. „noże motylkowe”, w których rękojeść podzielona jest na dwie połączone części, ostrze ukryte jest w rękojeści, a odpowiedni ruch dłoni powoduje, że jedna z połówek rękojeści przelatuje na drugą stronę, obracając i wypychając jednocześnie klingę. Istnieją wreszcie noże automatyczne, w których naciśnięcie umieszczonego na rękojeści guzika, powoduje że sprężyna błyskawicznie wyrzuca ostrze na zewnątrz.

Zastanówmy się teraz, jak stworzyć nóż, który będzie można, po wyciągnięciu z kieszeni, otworzyć jeszcze szybciej niż automat. Na pierwszy rzut oka, jest to problem nie do rozwiązania, bo co może być szybsze niż naciśnięcie guzika na przedmiocie, który trzyma w dłoni ? Taki wniosek jest błędny. Nie wynika z definicji zadania – wynika z odruchowo przyjętego założenia, że najpierw trzeba wyciągnąć nóż z kieszeni, a dopiero potem go otworzyć. Jeśli wyjdziemy od definicji zadania, to rozwiązanie nasunie się samo – składany nóż, który otwiera się w czasie kiedy jest wyciągany z kieszeni. Takie noże istnieją – mają na początku klingi specjalny zadzior, którym przy wyciąganiu zahacza się o krawędź kieszeni. W miarę wyciągania noża, klinga otwiera się (na zewnątrz kieszeni) coraz bardziej, i w momencie kiedy rękojeść jest już cała poza kieszenią, nóż jest otwarty. Można więc powiedzieć, że taki nóż otwiera się w „zerowym” czasie od wyciągnięcia z kieszeni. Jest to lepszy wynik od automatu, który po wyciągnięciu z kieszeni można otworzyć w ułamku sekundy.

Reasumując: podstawową rzeczą przy rozwiązywaniu problemów, jest właściwe sformułowanie i zrozumienie zadania. Brzmi to jak truizm, ale chyba każdy miał w swoim życiu sytuacje, kiedy stojąc w obliczu jakiegoś problemu, pobieżnie rzucał na niego okiem, dodawał garść założeń opartych na intuicji lub dotychczasowej praktyce, potem na tej podstawie przystępował do działania, a po wykonaniu solidnej i ciężkiej pracy, stwierdzał że zrobił co w jego mocy, ale po prostu „się nie dało”. Kiedy widzimy, że nasze starania nie przynoszą oczekiwanych wyników, z dwóch możliwości – zrezygnować lub dalej walić głową w mur – warto wybrać trzecią: zaakceptować fakt, że być może cały wysiłek był od początku skazany na niepowodzenie, i spokojnie przemyśleć wszystko zupełnie od zera, zapominając na chwilę o dotychczas przyjętych założeniach i wyciągniętych wnioskach.

Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy nawet najlepiej wykonana analiza nie przynosi rozwiązań. Nie widać żadnego sposobu na przezwyciężenie problemu. Co wtedy zrobić ? Możliwości są trzy. Po pierwsze – można nie robić nic. Zrezygnować i czekać na nieuchronną porażkę. Po drugie – można podjąć jedno z działań, o których wiemy już, że nie będą skuteczne. To również nieuchronnie skończy się porażką. Po trzecie wreszcie, można sporządzić listę wszystkich możliwych do podjęcia działań, wykreślić z niej te które na pewno skończą się porażką, i przyjrzeć się tym, które pozostaną na liście. Będą to działania, co do których nie widać szansy na sukces, ale też nie ma stuprocentowego dowodu, że przyniosą porażkę. Najlepsze co można zrobić w takiej sytuacji, to podjąć te działania. Podkreślam, że nie jest to rozwiązanie dobre, bo dobrego w takiej sytuacji nie ma. Jest po prostu najlepsze w tym sensie, że na skutek jakiegoś zbiegu okoliczności, albo też racjonalnej przyczyny z której nie zdajemy sobie sprawy ze względu na brak odpowiedniej wiedzy, może to doprowadzić do ciągu zdarzeń, który niespodziewanie przyniesie sukces. Poniżej przedstawiam dwa przykłady takiego postępowania.

W czasie podboju Meksyku, garstka konkwistadorów z Cortezem na czele, wspierana przez niewielki oddział indiańskich sojuszników, wpadła w zasadzkę i została otoczona przez ogromną armię Azteków. Co może zrobić oddział wojska w takiej sytuacji ? Logicznie rzecz biorąc – trzy rzeczy. Po pierwsze – walczyć aż pokona przeciwników (w tym przypadku: 0% szansy na zwycięstwo), po drugie – spróbować przebić się i uciekać (w tym przypadku: 0% szansy powodzenia), po trzecie – poddać się i liczyć na łaskę wroga (w tym przypadku: 0% szansy na łaskę). Jak postąpił Cortez ? Postanowił spróbować czegoś, co nie rokowało wprawdzie szans na zwycięstwo, ale przynajmniej w jakiś sposób zmieniało sytuację. Poprowadził swoje wątłe siły w kierunku miejsca, w którym znajdował się aztecki dowódca. Teoretycznie, nawet gdyby udało się go zabić, w niczym nie pomogłoby to Hiszpanom. Przewaga wroga była tak wielka, że nawet pozbawieni dowództwa Aztekowie, potrzebowaliby już tylko chwili, żeby do reszty roznieść konkwistadorów. Mimo to, bez nadziei na zwycięstwo, Cortez postanowił spróbować. Desperacka szarża hiszpańskiej jazdy zdołała przebić się do azteckiego dowódcy. Na widok śmierci wodza, dziesiątki tysięcy Azteków, mających już zwycięstwo w kieszeni, rzuciły się do panicznej ucieczki…

Ktoś może powiedzieć, że Hiszpanów uratowała mentalność Azteków. Ale nie uratowałaby ich, gdyby nie to, że będąc w beznadziejnej sytuacji, do końca próbowali robić co tylko było możliwe do zrobienia, nawet jeśli teoretycznie nie rokowało to nadziei na sukces.

Inny przykład, z czasów bardziej współczesnych. Pewna Amerykanka została w wieku 54 lat zwolniona z pracy w banku. Tak naprawdę nigdy tej pracy nie lubiła, jej hobby stanowiło robienie na szydełku. Dlatego postanowiła, że spróbuje teraz żyć z szydełkowania. Pierwsze co zrobiła, to sprawdziła ile mogłaby zarobić sprzedając swoje wyroby. Okazało się, że nie wystarczy nawet na zapłacenie rachunków. Wyglądało na to, że będzie musiała poszukać kolejnej pracy w banku, jednak zdecydowała że najpierw podejmie jeszcze jedną próbę – zapisze się na podstawowy kurs szydełkowania. Jaki to by miało sens – tego nie wiedziała nawet ona sama. Straci tylko czas i pieniądze, a przy tym nie nauczy się niczego, bo jej umiejętności były znacznie wyższe od nauczanych na tym kursie. Mimo to zdecydowała, że to zrobi – będzie to przynajmniej coś, co ma związek z jej marzeniami, może ślepy los w jakiś sposób jej pomoże ? I los rzeczywiście pomógł. Jej umiejętności rzucały się w oczy, dlatego kiedy jedna z nauczycielek zachorowała, poproszono ją o zastępstwo. Poradziła sobie tak dobrze, że zaproponowano jej stałą pracę przy prowadzeniu kursów. W jakiś czas potem, poznała wydawcę czasopisma o robótkach ręcznych, który zaproponował jej prowadzenie stałej rubryki dotyczącej szydełkowania. Spełniła marzenie – żyła z tego, co naprawdę lubiła robić.

Oczywiście, była to zasługa przypadku. Ale ten przypadek miał szansę zaistnieć tylko dlatego, że do końca próbowała wszystkiego co było w jej mocy, nawet jeśli logika podpowiadała że to nie ma sensu.

Moi instruktorzy od krav magi, nieraz mawiali: „jeśli jesteście w stanie nie krzyczeć na głos z bólu, to nie macie prawa twierdzić że ćwiczycie na maksa”. Myślę że analogicznie można by powiedzieć: „dopóki nie przeanalizujecie problemu od samych podstaw, a potem nie wypróbujecie wszystkiego co tylko można zrobić, nie macie prawa twierdzić, że wasz problem jest nierozwiązywalny”.

PODZIEL SIĘ
Maciej Dusza
Maciej Dusza jest absolwentem informatyki na wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Od tego czasu pracował w kilku firmach w Polsce, USA, Anglii i Francji, pełniąc funkcje programisty, analityka, projektanta i koordynatora testów, a obecnie pracuje w firmie CGI, na stanowisku: „Konsultant IT”. Jest członkiem British Computer Society (status: Professional Member), oraz członkiem – założycielem Mensy Polska. Jego hobby to nurkowanie.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ